Kostyra: Miał być nowym Gołotą. Teraz jeździ pracować do Afryki

Sporty walki
Kostyra: Miał być nowym Gołotą. Teraz jeździ pracować do Afryki
fot. PAP
Kostyra: Miał być nowym Gołotą. Teraz jeździ pracować do Afryki

Grzegorz Kiełsa (41 lat) był uznawany za talent na miarę Andrzeja Gołoty. Na amatorskich ringach pokonał m.in. na mistrzostwach świata w Bangkoku (2003) wicemistrza olimpijskiego z Pekinu Zhanga Zhileia 20:8 (przegrał dopiero w ćwierćfinale z Aleksandrem Powietkinem 9:20)

Startował na igrzyskach olimpijskich w Sydney, gdzie uległ późniejszemu srebrnemu medaliście Dildabekowowi 5:16. Dwa razy wygrał turniej Stamma. W sumie stoczył na amatorskich ringach 103 walki, 89 wygrał, 2 zremisował, 14 przegrał. Na zawodowych ringach po serii 11 zwycięstw, zanotował 2 porażki i zakończył karierę.

 

Siedem razy walczył z Mariuszem Wachem (4 razy wygrał, 2 razy przegrał i raz zremisował). Ale w przeciwieństwie do Wacha i Gołoty kariery na zawodowych ringach nie zrobił. Dlaczego? Mówi o tym w specjalnym wywiadzie dla Polsatu Sport, odnaleźliśmy go w Białymstoku.

 

Grzegorz. Czy jeszcze ktoś Cię rozpoznaję w Polsce?

 

Grzegorz Kiełsa: W Białymstoku tak, poza nim już nie. Chociaż… jak byłem w Nigerii w delegacji, też zostałem rozpoznany przez faceta, który widział mnie jak walczyłem na gali w Las Vegas.

 

A przecież uznawano Cię za talent nie mniejszy niż Andrzej Gołota. Wyjechałeś, żeby zrobić karierę na zawodowych ringach do Kanady. Miałeś tam przydomek „The Steel Pole” (Żelazny Polak). Byłeś mistrzem Kanady, pokonałeś między innymi Arthura Cooka, który znokautował Alberta Sosnowskiego. Co się stało, że nie zrobiłeś takiej kariery jak Andrzej Gołota?

 

Nie było takiego parcia na karierę. Umiejętności były, ale nie było głowy mistrza. Może zabrało wiary w siebie, charakteru ringowego „zwierzaka”, który rzuca się na rywala… Ja całe życie boksowałem ostrożnie, bezpiecznie dla siebie.

 

Gdzieś znalazłem Twoją wypowiedź, że boks cię oszukał…

 

Tak, w Polsce oszukał mnie trener, a Kanadzie menedżer. Tak było.

 

Podobno prowadziłeś w Kanadzie luksusowe życie, obracałeś się wśród miliarderów, jeździłeś luksusowymi autami. To prawda?

 

Prawda, tak było.

 

To skąd cię było stać na te luksusy, skoro na boksie mało zarabiałeś?

 

Byłem towarzyszem tych miliarderów, ich maskotką. Zabierali mnie do klubu miliarderów, na fajne wyjazdy. Miałem fajne sportowe auto, mogłem latać gdzie chciałem, wszystko opłacali. Byli to bogaci ludzie, moi znajomi: prawnicy, wojskowi, biznesmeni… Ale nie chcieli płacić za suplementację, dobrych sparingpartnerów… A bez tego trudno zrobić karierę w boksie.

 

Dlatego przerwałeś karierę, wróciłeś z Kanady do Polski? Z reguły ruch był w odwrotną stronę.

 

Karierę przerwałem, bo moim menedżerowie chcieli mi już tylko płacić za same walki. A nie były to duże sumy, po 5 tysięcy za walkę. Chcieli mnie za ta pieniądze wystawiać jako chłopaka do nabijania dobrego bilansu znanym bokserom. Proponowali przykładowo po 5 tysięcy dolarów za walkę z Krasniqim w Niemczech czy za pojedynek w USA z Amerykaninem, który miał bilans 20-0 i bombę w rękawicy. To nie miało sensu, z tego bym się nie utrzymał w Kanadzie. Dlatego zdecydowałem się wrócić do Polski, bo tam byłem sam. Nie miałem pomysłu, co tam robić, jak skończyłem karierę, wracałem do dziewczyny, a później mojej żony. Tu w Polsce mam dziecko, sześciolatka. Bardzo go kocham.

 

Chyba w Polsce twoje życie zawodowe nie potoczyło mi się tak jak chciałbyś.

 

Tak. Myślałem, że dalej wszyscy będą mnie klepać po ramieniu, otworzą mi życie do fajnej pracy. A gdy wróciłem do Polski w 2010 roku, przez 4 lata nie mogłem znaleźć w Polsce roboty, chociaż skończyłem studia ekonomiczne, w Warszawie w Wyższej Szkole Gospodarowania Nieruchomościami. Znałem bardzo dobrze angielski, nieźle ukraiński, bo będąc Kanadzie dużo obracałem się w ukraińskim towarzystwie i poznałem ten język. A w Polsce robota była tylko dorywcza, przy pracach wykończeniowych w budowlance. Na szczęście po czterech latach poszukiwań w końcu znalazłem robotę z której jestem zadowolony.

 

To ta robota związana z wyjazdami do Afryki, konkretnie do Nigerii?

 

Tak Jestem przedstawicielem technicznym w firmie, spółce akcyjnej, która szkoli przyszłych instalatorów gazowych, zajmuję się ich szkoleniami w języku angielskim w rejonie Afryki. Praca jest ciekawa, trzeba zaczynać od podstaw, pokazywać tam ludziom nawet najprostsze rzeczy, przykładowo jak trzymać śrubokręt.

 

Często tam latasz do pracy?

 

W Nigerii byłem 4 razy, byłem też w Ruandzie, Algierii, latam też po Europie.

 

Nie boisz się latać w czasach pandemii?

 

Teraz nie latami, pracuję zza biurka, Firma zachowuje się bardzo dobrze i nadal płaci. Mam na razie „miękkie lądowanie”.

 

Toczyłeś na amatorskich ringach ostre boje z mistrzem olimpijskim i zawodowym Aleksandrem Powietkinem. Jak je wspominasz?

 

To był ciężki kawałek chleba. Ob był takim strasznym „zapchajem”, ciągle parł do przodu, jak maszyna, czołg. Niczym nie dawało się go zatrzymać - ani ciosami na dół, ani na górę.

 

Nie ciągnie cię do boksu? Toczyłeś na amatorskich ringach straszne boje z Mariuszem Wachem, obu wam stuknęło 40 lat. Może jakiś rewanż na zawodowych ringach?

 

Rzeczywiście to ja wprowadzałem go w świat boksu, był wtedy bardzo wysoki, ale wątły. Z biegiem czasu rozrósł się i potem toczyliśmy rzeczywiście straszne boje. Walczyliśmy chyba 7 razy, ja wygrałem 4 pojedynki, on - dwa, raz był remis. Ale teraz nasza walka nie miałaby sensu, bo wyczynowo nie uprawiam boksu od 10 lat, a Mariusz jest w treningu…

Andrzej Kostyra, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze