Jeszcze niedawno Polak miał na koncie cztery zwycięstwa z rzędu i coraz odważniej mówił o walce o pas mistrzowski kategorii półciężkiej. Na gali w Pradze zmierzył się jednak z mającym podobne aspiracje Thiago Santosem, co oznaczało, że marzenie któregoś z nich mogło się spełnić jeszcze w 2019 roku. Niestety, to Brazylijczyk okazał się lepszy. Błachowicz się jednak nie załamał i zdecydował się na szybki powrót. Nie zastanawiał się zbyt długo, kiedy największa organizacja MMA na świecie zaproponowała mu starcie z Lukiem Rockholdem. Trudno było sobie wyobrazić lepszego przeciwnika po porażce.

 

Amerykanin to były mistrz kategorii średniej, który postanowił przejść do wyższej dywizji. Prócz fantastycznych umiejętności ma też inną ważną cechę - jest bardzo medialnym zawodnikiem. Rozpoznaje go wiele osób, choć najczęściej większość chce oglądać jego... porażki. Rockhold zapracował na to swoim często wyniosłym podejściem, lekceważącym stylu wobec przeciwników i arogancją. Takie argumenty mają jego przeciwnicy. Mistrzem UFC nie zostaje się jednak przez przypadek, więc jego umiejętności nikt nigdy nie podważał.

 

Na kilku spotkaniach twarzą w twarz dało się wyczuć napięcie. Obyło się bez przepychanek, ale Rockhold nie byłby sobą, gdyby czegoś nie powiedział, czegoś nie zauważył - oczywiście ze swoimi charakterystycznym złośliwym uśmiechem. - Powiedział, że mam małe stopy - wyznał amerykańskim mediom Błachowicz po staredownie po treningu medialnym, wprawiając wszystkich w osłupienie. Polak był jednak w dobrym humorze i zapowiadał nokaut w drugiej rundzie. Amerykanin z kolei wybiegał w przyszłość, mówiąc o potencjalnym starciu z Jonem Jonesem.

Aktywniejszy od pierwszej sekundy był Rockhold, który rozpoczął od kilku kopnięć na różnych wysokościach, a następnie ruszył po obalenie. Miał Błachowicza pod siatką, ale Polak świetnie bronił kolejnych prób, a czasami odpowiadał soczystymi łokciami. Nasz zawodnik skupił się też na niskich kopnięciach i notował w tym aspekcie spore sukcesy. Rockhold niby miał optyczną przewagę, ale wszystko zmieniło się w ostatnich sekundach. Praktycznie równo z gongiem Polak trafił go wysokim kopnięciem! Były mistrz wagi średniej wylądował na deskach i chwiejnym krokiem udał się do narożnika.


Drugą rundę zaczął z impetem - od kilku mocnych kopnięć i momentalnie ruszył po obalenie, ale po raz kolejny to mu się nie udało. Błachowicz kontynuował pracę niskimi kopnięciami, ale decydujące okazało się inne uderzenie. Po kolejnym skutecznym rozerwaniu klinczu Polak wystrzelił potężnym lewym, który zwalił Rockholda z nóg! Amerykanin miał już dość, a po kilku ciosach w parterze sędzia Herb Dean był zmuszony do przerwania pojedynku.

 
To największe zwycięstwo w karierze Błachowicza.

Skrót w załączonym materiale wideo.