"Bones" to jeden z najlepszych zawodników w historii MMA i chyba nikt nie spodziewał się, że mógłby przegrać z Thiago Santosem. Brazylijczyk co prawda pokazał się z niezłej strony w starciu z Janem Błachowiczem, kiedy to nie był sobą - w pozytywnym znaczeniu - walcząc bardzo cierpliwie i umiejętnie kontrując zapędy przeciwnika. Na Jonesa to mogło jednak nie wystarczyć. Amerykanin dysponuje genialnym zasięgiem, z którego potrafi znakomicie korzystać, nie wdaje się w bijatykę, dzięki czemu potrafi rozbijać swoich oponentów.

 

Teoretycznie na papierze Jones miał po swojej stronie wszystkie argumenty. Wielu ekspertów widziało szanse Santosa tylko w powrocie do korzeni, czyli szalonym i nieprzewidywalnym ataku. Podobnie było jednak w przypadku poprzedniego rywala Amerykanina. Anthony Smith też teoretycznie mógł wygrać tylko poprzez jakąś szarżę, ale przez 25 minut praktycznie ani razu nie zaryzykować. "Marreta" musiał więc zastanowić się, jak podejść do żywej legendy MMA. Przed samą walką Jones jak zwykle był niezwykle wyluzowany, ale i skoncentrowany na nadchodzącym wyzwaniu.

 

Postawę Santosa warto jednak docenić, bo jeszcze niedawno mało kto spodziewał się tak mądrej i taktycznej postawy Brazylijczyka. Od początku miał swój własny plan, który skupiał się na niskich kopnięciach przeplatanymi odważnymi szarżami. Wtedy na moment rozpuszczał ręce i starał się skrócić dystans. Trzeba też odnotować, że "Marreta" bardzo szybko doznał urazu - mówi się nawet o zerwaniu więzadła w kolanie. Mimo tego przez pięć rund starał się dobrać do skóry przeciwnika, zapomniał o bólu i często atakował kopnięciami.

 

- Pod koniec pierwszej rundy coś się wydarzyło. Nie mogłem się dobrze poruszać - przyznał po walce.

 

Mimo świetnej postawy na Jonesa to nie wystarczyło. Amerykanin po zakończeniu pojedynku nie był pewny swojej wygranej, ale według dwóch sędziów zrobił wystarczająco dużo. Jak zwykle wyprowadził wiele kopnięć na każdej wysokości, kilka razy użył swoich firmowych łokci, ale tylko raz próbował obalenia. Po nieudanej próbie z tego zrezygnował. Cały czas narzucał presję, a jego uniki po raz kolejny były wykonane we właściwym czasie.

Po pięciu rundach sędziowie nie byli zgodni. Dwóch widziało wygraną Jonesa (48:47), a jeden - Santosa (również 48:47). To oznacza, że "Bones" pozostał na tronie wagi półciężkiej.