Kownacki jest inteligentnym, wciąż stosunkowo młodym, jak na wagę ciężką człowiekiem i potrafi wiele rzeczy zdiagnozować bardzo trafnie. A przekraczając kolejne granice udowadnia, że boksersko też jest kimś wyjątkowym i nie zmienią tego mniej lub bardziej entuzjastyczne oceny po walce z 38-letnim Chrisem Arreolą, czy też te bardziej krytyczne, choć wypowiadane w trosce o szczęśliwą przyszłość, miejmy nadzieję pierwszego, polskiego mistrza królewskiej kategorii.

 

Dziś, by zostać mistrzem świata Kownacki musiałby pokonać Deontay’a Wildera lub Andy Ruiza Jr. Pierwszy ma pas WBC, a Ruiz Jr aż trzy: IBF, WBA, WBO. Obaj są zawodnikami Ala Haymona, podobnie jak Kownacki, więc byłaby możliwość taki pojedynek zorganizować. Ale na razie i Wilder i Ruiz Jr mają zobowiązania. „The Bronze Bomber” z Alabamy rewanże z Luisem Ortizem i Tysonem Furym, a Meksykanin z Anthonym Joshuą, który chyba dalej nie wierzy, że został przez niego znokautowany.

 

Kownacki mówi logicznie, że nie zamierza się śpieszyć. Chce odpocząć, w spokoju poczekać na narodziny syna, a później stoczyć jeszcze jedną lub dwie walki, które poprzedzą starcie o tytuł. Mówi również o tym jego menedżer, ale to jeszcze niczego nie przesądza, bo w zawodowym boksie najważniejsze są: po pierwsze pieniądze, po drugie i po trzecie również pieniądze. Kownacki wie, że aby wygrać z Wilderem, Ruizem Jr, Tysonem Furym czy Joshuą musi być lepszy niż w walce z Arreolą.

 

Owszem, pobił w niej mało znaczące rekordy, ale gdy przyjdzie bić się o mistrzostwo poprzeczka będzie zawieszona znacznie wyżej. Na Arreolę wystarczyło serce, charakter wojownika i twarda szczęka. Na mistrzów, aktualnych czy byłych, to może być za mało. Tyle że my wciąż nie wiemy, jak oni zareagują na styl Kownackiego. Nie ukrywam, że najchętniej i najszybciej obejrzałbym pojedynek Kownacki – Ruiz Jr. Najpierw jednak Meksykanin musi obronić pasy w starciu w Joshuą. Wiem, że Ruiz Jr byłby nieco szybszy, ale mam wątpliwości, czy wytrzymałby presję Polaka.

 

Owszem nowy mistrz bije mocno, ma szybkie ręce i boksersko naprawdę sporo potrafi, ale kto wie jak wytrzymałby trudy walki, w której na jego głowę spadłoby choć połowę ciosów, którymi Kownacki trafiał Arreolę. Taki pojedynek nie miałby zdecydowanego faworyta, choć moim zdaniem Polak byłby w nim najbliższy celu.

 

Z finansowego i emocjonalnego punktu widzenia hitem byłaby jednak walka z Wilderem. Mistrz WBC nie tylko ma dwa metry wzrostu i gigantyczny zasięg, ale też bombę w prawej rękawicy. Co więcej potrafi ten zasięg wykorzystywać, spokojnie ustawić rywala lewym prostym, wycelować i strzelić. Tylko co będzie jak strzeli, trafi, a Kownacki nie padnie, tylko ruszy do ataku? Tego przecież też nie można wykluczyć. Wtedy Wilder mógłby znaleźć się w potrzasku.

 

Oczywiście to życzeniowa wersja mistrzowskiej walki z udziałem Adama Kownackiego i Deontay’a Wildera. Najtrudniejszym z wielu względów przeciwnikiem byłby Tyson Fury. Ogromny facet poruszający się w ringu jak baletnica, zmieniający pozycję na odwrotną, słowem stylowy koszmar dla Adama. Do tego nie ma mistrzowskiego pasa, więc walka bez sensu.

 

Pozostaje Joshua, ale tylko pod warunkiem że wygra w rewanżu z Ruizem Jr i odzyska tytuły. Joshuę można zamęczyć pressingiem, chyba szybciej niż Wildera. Tyle że jeśli pokona Ruiza Jr, to się mentalnie odrodzi i znów będzie bardzo niebezpieczny. Ale Kownacki wierzy głęboko, że z nim też dałby sobie radę, więc pozwólmy mu marzyć. Ma prawo wierzyć, że wygra z każdym. Przecież jeszcze nie przegrał, wciąż wygrywa. I budzi coraz większy entuzjazm. Jego kariera i tak jest już jak „Amerykański sen”.