20 lat Polsatu Sport - Tomasz Włodarczyk: Jeśli to już niemal 20 lat...

Inne
20 lat Polsatu Sport - Tomasz Włodarczyk: Jeśli to już niemal 20 lat...
fot. Cyfrasport
- Siadało się przed ekranem, słuchawki, mikrofon, taśma w maszynie… I jazda - wspomina początki pracy w Polsacie Sport Tomasz Włodarczyk

Jeśli to już niemal dwadzieścia lat, to moich nieco mniej. Zależy jak liczyć, raz wychodzi, że osiemnaście bez kilku miesięcy, innym razem, że kończy się właśnie siedemnasty. Różnica nieznaczna, niby małe punkty w meczu tenisowym. Ale co w tym wszystkim istotniejsze? Dziewiczy występ, czy podpisana oficjalna umowa o pracę?

Tamten mecz, pamiętam dokąd i czym jechałem, mniej więcej jaka była pora dnia, że pierwsze piętro po schodach. Parkowało się auto pod budynkiem, mówiło się „dzień dobry” ochronie, wtedy jeszcze nie mierzyli temperatury piknięciem prosto w skroń, szło się na piętro, spartańskie warunki, wszystko działo się w środku gęstego boru pod Warszawą, jakieś dwadzieścia pięć – trzydzieści kilometrów od ścisłego centrum. Siadało się przed ekranem, słuchawki, mikrofon, taśma w maszynie… I jazda. I trwało to wszystko, ta emocja, ten słowotok niekontrolowany, może minutę, co najwyżej półtorej. Mecz sobie „szedł”, piłkarze biegali za piłką po ekranie, były auty, rożne, faule, piękne strzały, kiksy, połowy po dwa razy czterdzieści pięć itd., itp., a to jedno monumentalne zdanie wypowiedziane w formie komentarza, pełne zbędnych dygresji, trwało w nieskończoność i powoli ulatywał z niego sens.

 

ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Dostać kolejne "powołanie"


Cóż, szczęście od Boga, że mecz nie szedł na żywo, tylko z taśmy. Wówczas, gdy komentator, zdał sobie sprawę, że to zdanie prawdopodobnie nigdy, niestety, nie będzie miało końca, mecz sobie, zdanie sobie, mecz się zakończy, a zdanie nie, wtedy dramatycznym gestem dawał znać siedzącemu za szybą nad wyraz zrelaksowanemu dźwiękowcowi, (był to Mirek, czy był to Franek?, tej wątpliwości nigdy już się nie rozstrzygnie), że czas zatrzymać taśmę i zacząć jeszcze raz.


Człowiekiem, co naturalne, zaczynały targać niepewności – czy tak już będzie do końca jego komentatorskiego żywota? – zdania raz rozpoczętego nigdy nie będzie mu dane skończyć, a wraz z trwaniem zatracać się będzie jego meritum? Jeśli tak, to wyjście z sytuacji jest jedno, klasyczne, honorowe – palnąć sobie w łeb, a z mniej drastycznych - zamiast rzucać się na komentowanie meczów, lepiej, piętro niżej, wystarać się o etat ochroniarza; zawód równie odpowiedzialny, ale mimo wszystko gwarantujący pewien rodzaj równowagi ducha.
Na szczęście, czy na nieszczęście, stało się inaczej. Zdania wypowiadane coraz częściej miewały swój początek, środek i koniec, i jakąś bardziej lub mniej błyskotliwą puentę.

 

ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Tajemnica pewnego transferu

 

A sam bór podwarszawski, gdzie znajdował się ów budynek, a w nim ta jedna jedyna, niepowtarzalna kabina komentatorska, też oferował historie niesamowite. A to się w międzyczasie poszło w knieje na grzyby, musiał to być początek piłkarskiego sezonu, i przyniosło się przed pierwszym gwizdkiem pełną reklamówkę, a to ktoś zatrzasnął się pod prysznicem i wracał do pracy wychodząc z okna na ścianę budynku, potem po wąskim gzymsie, będąc wczepionym długimi, mocnymi jak u niedźwiedzia paznokciami w fasadę, z równie efektownym co ryzykowanym przeskokiem do wewnątrz, bądź też inne mrożące krew w żyłach sytuacje nie z tej ziemi, o których nie miejsce i czas by tu pisać.


Jeśli idzie o komentowanie sensu stricte, to „przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki”… i przypomniał mi się nagle i niespodziewanie dawno zapomniany mecz, ukryty gdzieś w najciemniejszych czeluściach mej pamięci. Ważne było to, że to był mecz z tych nieważnych, o jakich nawet koneserzy futbolu nic nie wiedzą, ba, nie mają nawet pojęcia, że taki kiedykolwiek się odbył. Otóż zdarzyło mi się komentować na żywo, powiedzmy, dla precyzji opisu towarzyskie spotkanie szkockiej drużyny młodzieżowej z reprezentacją Omanu B. Arcypilnie przygotowywałem się do tego meczu, a dokładniej rzecz biorąc, do zupełnie innego. I tak jak było za pierwszym razem, wjechałem w bór, przed budynkiem zostawiłem auto, a przywitawszy się z ochroną, pokonując po dwa schodki na raz, szybko zjawiłem się na górze. Tam siedział Franek/Mirek, ja usadowiłem się przed ekranem, wyciągnąłem papiery po brzegi wypełnione najbardziej zbędnymi informacjami, założyłem jak trzeba słuchawki i cierpliwie czekałem na pierwszy gwizdek sędziego w tym najważniejszym meczu tego dnia na świecie.

 

ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Zmęczyć się w robocie, którą się kocha

 

A tu nagle gdzieś pośrodku niczego wyszli na jakieś nieznane mi boisko piłkarze równie nieznani, bez nazwisk na koszulkach, mecz bez napisów, z wyjątkiem tego, że szkocka młodzież grała przeciwko reprezentacji Omanu B (na stoliku przede mną tkwiły papiery do zupełnie innego wydarzenia). I tak w popłochu zacząłem machać przez szybę, Franek/Mirek uśmiechnął się nostalgicznie, meczu nie można było zatrzymać, trwał, młodzi Szkoci biegali za piłką, to samo czynili z ochotą reprezentanci Omanu B, ja przewracałem kolejne kartki w nadziei, że znajdę jakąkolwiek przydatną informację, otwierałem kolejne strony internetowe, a trzeba wam wiedzieć, że internet był wówczas w powijakach, a tu jeszcze sam środek podwarszawskiego gęstego jak śmietana boru… I jak tu komentować taki mecz, (przerwo nadejdź!), kiedy nie znasz choćby jednego nazwiska. A jak, nie daj Bóg, gol padnie? To kto strzelił?


Nie pomnę, jak to się wszystko skończyło, jaki wynik, na jakim stadionie, w jakim mieście i w jakim kraju. Wiem jedno – mecz się odbył, a ja go skomentowałem. A czy ktoś oglądał? Było słoneczne, wiosenne, niedzielne przedpołudnie. Nie było żadnej kwarantanny, to jak znam ludzi, raczej sobie grillowali nad wodą…

Tomasz Włodarczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze