Największa bolączka Ekstraklasy! Degrengolada liderów
Zagłębie Lubin – w 25 kolejkach zgromadziło 41 pkt, co daje średnią 1,64. Dla porównania, w czeskiej ekstraklasie czwarty FK Jablonec punktuje na poziomie 1.73 pkt. Nie jest winą "Miedziowych”, że potrafią punktować jak nikt inny w Polsce. Kluby z wyższymi budżetami są przecież daleko w tyle. Jak skończy się piękny sen o Europie, skoro okręty flagowe Ekstraklasy mają dziurawą burtę?

W żadnej lidze Starego Kontynentu nie ma takiej sytuacji z równaniem w dół. W Anglii, Hiszpanii, Niemczech, Francji, we Włoszech, Holandii, Belgii, w Czechach liderzy punktują ze średnią ponad dwa pkt na mecz. Tylko u nas trwa wyścig żółwi po krajowy prymat.
W tym roku Ekstraklasa przeobraziła się w ligę, w której niemal dwie trzecie zespołów broni się przed spadkiem. Na dziewięć kolejek przed końcem sezonu jest ich co najmniej 11. Wszak ósmy Motor ma tylko pięć punktów przewagi na okupującą 16. spadkowe miejsce Legią.
ZOBACZ TAKŻE: Właściciel Rakowa zrobił show na konferencji! Porównał Papszuna do... partnerki
Leszek Ojrzyński w rok zamienił słabeusza w lidera Ekstaklasy
Leszek Ojrzyński przejął Zagłębie Lubin dokładnie rok temu. Klub zatrudnił go w roli strażaka, bo drużyna znajdowała się tuż nad strefą spadkową, mając tyle samo punktów, co świecąca na czerwono Puszcza Niepołomice, która ostatecznie została zdegradowana. Prze ten rok wytężonej pracy Ojrzyński przeobraził „Miedziowych”, z czwartej najgorszej drużyny Ekstraklasy, w trzecią najlepiej punktująca w Polsce. W 35 meczach zdobył 55 pkt. O dwa więcej w tym okresie wywalczył Raków, a o sześć więcej – Lech. Dysponując nakładami na drużynę nieporównywalnie niższymi niż te w Legii, Lechu, Rakowie, Jagiellonii.
Ten sukces Zagłębia wziął się tyleż z warsztatu Ojrzyńskiego, co i ze słabości największych rodzimych marek, które potykają się o własne nogi.
Do tej pory poza nawias zawodzących liderów można było wyjąć Jagiellonię, ale i jej wyraźnie zaczęło brakować adrenaliny po odpadnięciu z Ligi Konferencji. Serię remisów zamieniła na dwie porażki z rzędu. Taka wpadka zdarzyła jej się w tym sezonie tylko raz - na przełomie października i listopada (1-2 z Górnikiem Zabrze i 1-2 z Rakowem Częstochowa), ale wówczas była ona wytłumaczalna nawałem meczów w Conference League i Pucharze Polski. Teraz ekipa Adriana Siemieńca ma na głowie tylko Ekstraklasę, a jednak raz po raz marnuje szansę na objęcie fotela lidera.
Raków po zmianie trenera nie jest już pewniakiem do walki o mistrzostwo Polski
Po odejściu Marka Papszuna grę Rakowa milej się ogląda, nie jest już tak mocno ujarzmiona w taktyczne ryzy, ale i przeciwnikom łatwiej przychodzi strzelanie bramek. Wprawdzie "Medaliki" wciąż są w walce o Puchar Polski, ale w dwóch marcowych meczach ligowych stracili po trzy bramki. Dwie tak dotkliwe straty na rodzimym podwórku Rakowowi zdarzyły się w całym pierwszym półroczu za Papszuna, sierpniowe lanie 1-3 z Radomiakiem i listopadowa porażka 1-3 z Piastem. Oczywiście, to dopiero początek misji Łukasza Tomczyka w Częstochowie, ale dziś trudno o „Medalikach” powiedzieć, że są pewniakiem do zdobycia mistrzostwa kraju.
Wracając do przykładu naszych sąsiadów z południa. Liderująca Slavia Praga nie miała i nie ma w lidze żadnej pucharowej czkawki. Punktuje na poziomie 2.46 pkt na mecz, w 26 kolejkach wywalczyła 64 „oczka” i o 10 odskoczyła konkurencji – Sparcie, a o 16 – Victorii Pilzno. A mówimy o drużynie, która w Lidze Mistrzów uciułała ledwie trzy punkty za trzy remisy w ośmiu meczach. Ale ona przynajmniej tam zaistniała. Champions League jest dla nas marzeniem ściętej głowy blisko od dekady.
Niedawno otwieraliśmy szampany z powodu wywalczenia piątego miejsca w europejskich pucharach. Przypomnijmy, że za nieco ponad rok, od sezonu 2027/2028 dwa zespoły będą nas reprezentować w walce o Ligę Mistrzów, kolejne dwa – o Ligę Europy, a piąta ekipa stanie w szranki o Ligę Konferencji. Na dodatek mistrz Polski na europejską murawę wkroczy dopiero w sierpniu, od ostatniej, IV rundy eliminacji Champions League. Nawet jeśli przegra, to wyląduje w fazie ligowej Ligi Europy.
Ekstraklasa potrzebuje pięć mocnych ekip na przyszłoroczną batalię o Europę
Na papierze to pięknie wygląda. Ale kogo, bez ryzyka kompromitacji, wystawimy do zmagań europejskich? Wobec uwikłanej w walkę o utrzymanie Legii, najsolidniej prezentuje się Lech Poznań. „Kolejorz”, choć w Ekstraklasie punktuje jako tako, w Lidze Konferencji każe nam się czerwienić ze wstydu, jak po porażce z Lincolnem z Gibraltaru, czy dając się dziecinnie łatwo ograć Szachtarowi u siebie.
Nadzieja w ciągłości pracy Marka Papszuna w Legii. W tym, że uda mu się obudzić drzemiący w niej potencjał. Przy Łazienkowskiej zanosi się jednak na proces długi i złożony, po latach błędów i wypaczeń.
Czy możemy liczyć na powiew świeżości z 1. Ligi, z której awansować powinna Wisła Kraków? Przecież ona potrafiła dowieźć dwa punkty do rankingu krajowego UEFA, pokonując Spartaka Trnawa, czy w rewanżu Cercle Brugge w poprzedniej kampanii o Ligę Konferencji. Pytanie tylko, czy w roli ewentualnego beniaminka od razu zdoła się przebić do ligowej czołówki.
Beenhakker na to narzekał 20 lat temu. Uczmy się od Szachtara nie tylko piłki, ale także pielęgnacji murawy
To trochę rozpaczliwe, ale szukanie światła w tunelu. Bo na razie z tym równaniem w dół Ekstraklasa przypomina murawy na kilku stadionach. W dobie wymogów licencyjnych i podgrzewanych trawników, zjawisko niewytłumaczalne. Dlaczego Ukraińcy z Szachtara są w stanie doprowadzić boisko stadionu Wisły Kraków – Synerise Areny do stanu rodem z połowy czerwca, a Polak tego nie potrafi? Owszem, nakłady są niemałe. Miesięczne koszty prądu wynikające z wielogodzinnego naświetlania lampami wegetacyjnymi przekraczają 50 tys. zł, ale naprawdę warto uwzględnić takie wydatki w klubowych budżetach na grudzień, styczeń i luty, by boiska nie przypominały kartoflisk.
Dwie dekady temu śp. Leo Beenhakker mawiał, że na większość boisk ekstraklasowych w Polsce bałby się wyprowadzić psa, by czworonóg nie doznał kontuzji. Jakim cudem elitarna liga 20. gospodarki świata nie jest w stanie się uporać z tak banalnym problemem, jak równy plac gry?! Telewizje płacą za prawa, by później prezentować koszmarne widowiska, w których cała sztuka sprowadza się do operowania piłką po ziemi i nie chodzi o niedostatek umiejętności technicznych.
Kto na przykład wpadł na pomysł, że murawa stadionu w Sosnowcu wytrzyma na wiosnę trzy drużyny w roli gospodarza: Zagłębie, Wieczystą i Raków w Lidze Konferencji? Efekt jest taki, że Wieczysta przełożyła już mecz z Polonią Bytom, przez zły stan murawy, a w czwartek Raków będzie próbował na takiej murawie odrobić jednobramkową stratę z pierwszego starcia z Fiorentiną. Stara prawda głosi, że na nierównym boisku lepiej się bronić niż konstruować akcje, atakować. Dobrze wie o niej Szachtar i dlatego nie oszczędza na naświetlaniu boiska Wisły, bo jego atutem jest właśnie szybki, techniczny futbol.
Nie trzeba było wykazywać się zdolnościami proroka, by przewidzieć, że projekt trzech drużyn korzystających w marcu z tego samego stadionu może nie wypalić. A jednak ktoś przyznał na to licencję.
Przejdź na Polsatsport.pl


